- ambasadorzy
Inspirujące kolarki MAT Atom – rozmowa z Pauliną Brzeźną‑Bentkowską
Dziewczyny, które na co dzień podbijają kolarski świat, jednocześnie pokazują, że sport może iść w parze z ekologią i świadomymi wyborami. O tym, jak łączyć pasję do kolarstwa z ideą #PijKranówkę oraz jak wygląda codzienność jednej z najbardziej rozpoznawalnych żeńskich grup kolarskich w Polsce, opowiada Paulina Brzeźna‑Bentkowska, dyrektor sportowa MAT Atom Deweloper Wrocław, a także wielokrotna medalistka mistrzostw Polski i olimpijka z Pekinu (2008), gdzie zajęła wysokie, ósme miejsce w wyścigu ze startu wspólnego.
Na początek wyjaśnijmy – jesteś już wyłącznie panią dyrektor i opiekunką grupy. Czy rywalizacja wciąż kusi i choćby treningowo lubisz się pościgać z młodszymi dziewczynami? – pytamy Paulinę Brzeźną-Bentkowską.
Generalnie jestem już sportową emerytką, jednak gdy wyjeżdżam z dziewczynami na zgrupowania, to, oczywiście, siadam na rower. I choć ze starszą grupą orliczek (do lat 23) mam już średnie szanse, to z juniorkami daję sobie jeszcze radę. To zresztą bardzo ważne, bo dużo łatwiej jest mi trenować dziewczyny, gdy kręcę razem z nimi i mogę wyłapywać dysfunkcje ciężkie do namierzenia z perspektywy samochodu. Dlatego podziwiam trenerów, którzy potrafią w ten sposób szkolić zawodników. Ja natomiast wciąż staram się wyjeżdżać w trasę i mam taki cel, by w tym roku robić to minimum trzy razy w tygodniu.
To w ogóle trudne zadanie – opiekować się grupą, której członkinie pochodzą z różnych stron Polski, nie mieszkają blisko siebie i są na różnym poziomie wytrenowania.
Kilka zawodniczek studiuje w różnych miastach: w Toruniu, we Wrocławiu, w Bydgoszczy czy Katowicach. Młodsze szykują się właśnie do matury, a niektóre chodzą jeszcze do trzeciej klasy szkoły średniej. Zatem na co dzień trenują indywidualnie, a gdy się zbieramy w kraju, to najczęściej jeździmy w Góry Sowie, do Zieleńca ze względu na panujący tam klimat lub wokół Sobótki, bo z racji mojego pochodzenia tamtejsze trasy znam bardzo dobrze. One nie są jeszcze tak bardzo zatłoczone i możemy też potrenować za skuterem. W ciągu roku korzystamy też z wrocławskiego toru na Poświętnem. Ja z tą odmianą kolarstwa nie mam żadnego doświadczenia, ale panuje powszechne przekonanie, że jeśli ktoś poradzi sobie na wrocławskim torze, to tym bardziej na każdym innym. Pozostaje trzymać kciuki za remont tego obiektu, który ma się doczekać m.in. drewnianej nawierzchni i częściowego zadaszenia.
Wspomniałaś o treningu za skuterem. To stały punkt programu, by było bezpieczniej?
Takie treningi staramy się przeprowadzać bliżej jazdy indywidualnej na czas oraz drużynowej przy okazji mistrzostw Polski. Chodzi o to, by nadać tempo wyścigowe i zmusić dziewczyny do jazdy z wyższą prędkością, w granicach 50-55 km/h. Jazda za samochodem nie przynosi takich korzyści, bo jeśli się dobrze schowasz, to możesz nawet niemal w ogóle nie kręcić nogami i jechać w okolicy 60 km/h. Dlatego skuter jest najlepszym narzędziem do wytrenowania nawyku szybkiej jazdy. Pamiętam, że gdy sama w ten sposób trenowałam, a na koniec, już bez skutera, jechałam jeszcze „dokręcić” przez 20-30 minut w ramach rozjeżdżenia, to z przyzwyczajenia zwalniałam do jakichś 33 km/h, a nie do 25 km/h. To jest właśnie ta różnica.
To prawda, że kolarzem/kolarką jest się do końca życia? Że to serce po zakończeniu kariery dopomina się wysiłku?
W moim przypadku uzależnienie będzie pewnie trwało do końca życia. Wiele zależy od tego, w jaki sposób zawodnik rozstaje się z kolarstwem. Znam takich, którzy obrazili się na rower i długo, długo na niego nie wsiadali. Mnie się jednak wydaje, że jeśli ktoś był sportowcem, to pozostanie nim do końca życia. Ciężko funkcjonować bez adrenaliny i bez endorfin, które daje szybsze bicie serca. Choć, oczywiście, zdarzają się przypadki losowe i choroby wykluczające dalszą aktywność. Z drugiej strony znam mnóstwo osób, które mimo nawału pracy zawsze znajdą czas, by minimum tę godzinkę się poruszać.
Skąd tak innowacyjny pomysł, by założyć żeńską grupę kolarską? To przecież niełatwy kawałek chleba, by zabezpieczyć finansowanie tego typu projektu. Trzeba się najeździć, nakręcić, a pewnie też nabiegać.
Genezy szukałabym w 2006 roku, kiedy jako zawodniczka podpisałam kontrakt zawodowy w Holandii. Na zachodzie ścigałam się przez cztery lata, a gdy wróciłam do kraju i zobaczyłam, jak to u nas wygląda, to pomyślałam, że trzeba to zmienić. Porównywałam sytuację z moją małą Holandią i próbowałam wprowadzać innowacje do klubów w Dzierżoniowie czy Toruniu. Wiadomo jednak, że gdy zamierzasz zmieniać zastaną rzeczywistość, to nie wszystkim jest to w smak. Musisz działać trochę w cieniu, niekiedy inni przypisują sobie zasługi. Dlatego uznaliśmy z mężem (Pawłem Bentkowskim, byłym kolarzem – red.), że spróbujemy zrobić coś po naszemu. Choć wcześniej sądziłam, że czeka mnie inna, bardziej przyziemna przyszłość – rodzina, dziecko, jakaś zwyczajna praca. Pierwsza próba stworzenia ekipy upadła w końcowej fazie, po wycofaniu się sponsora. Jednak rok później na dachu hotelu Sobotel w Sobótce pan Władek Piszczałka, szef firm MAT i Atom, zapytał Pawła – „i co dalej?” Mąż odpowiedział, że jeszcze nie wie, ale na pewno odchodzi z klubu Pacific Toruń. Z kolei pan Władek wycofywał się właśnie z finansowania klubu z Dzierżoniowa, stąd jego propozycja, by zbudować wspólnie grupę. Stworzyliśmy kosztorys i z roku na rok zaczęliśmy się rozwijać, dochodząc do takiego etapu, że nie mieliśmy już z kim rywalizować w kraju. Wszystkie wyścigi rozgrywaliśmy po naszemu. Zaczęliśmy się pojawiać w Belgii czy Czechach, wiedząc, że musimy wykonać kolejny krok do przodu, by dziewczyny mogły czynić progres. Zarejestrowaliśmy grupę w Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI) i jako ekipa kontynentalna staliśmy się rozpoznawalną marką w Belgii czy Holandii, jednak brakuje nam funduszy, by startować w Portugalii, Hiszpanii czy Francji z zespołami z wyższych dywizji: World Touru czy Pro Touru. I teraz stoimy nieco na rozdrożu. W Polsce zaczyna brakować dziewcząt na miarę Dominiki Włodarczyk czy Agnieszki Skalniak, a jeśli są – jak Maria Okrucińska czy Magda Polańska – to znajdują grupy za granicą. Z kolei nas na zawodniczki z zagranicy nie stać. Jeśli uda nam się jakieś dziewczyny wyszkolić, to one za chwilę wyfruwają do Europy, co też jest dla nas trochę demotywujące.
Jaki jest wobec tego plan na najbliższy sezon?
Mamy w tym roku odmłodzony skład i będzie to dla nas próba mentalna – byśmy się nie zniechęcili po latach sukcesów, bo te dziewczyny potrzebują trochę czasu, by wznieść się na wyższy poziom. W tym sezonie nie będzie zapewne takiego efektu wow, jak jeszcze nie tak dawno w przypadku Agnieszki Skalniak, która kroczyła od zwycięstwa do zwycięstwa. I będziemy musieli wytłumaczyć to sponsorom.
Rozumiem, że cały czas próbujecie pozyskać sponsora, który wyniósłby Waszą grupę na wyższy poziom?
Naturalnie, wysyłamy wiele ofert w różne miejsca, natomiast droga od ewentualnej rozmowy do finalizacji jest bardzo odległa. Jesteśmy wdzięczni za przychylność wiceprezesowi MPWiK, panu Przemysławowi Gałeckiemu, a także dziennikarce Oli Szumskiej, która starała się nas pokazać szerszej publiczności. Mogliśmy zrobić prezentację na balu Słowa Sportowego, porozmawiać z prezydentem Jackiem Sutrykiem i miasto Wrocław zaczęło nas wspierać, dołączając do firm MAT oraz Atom. To są nasi najwięksi mecenasi, choć ci mniejsi są dla nas nie mniej ważni.
Co uważasz za największy sukces grupy, która w tym roku obchodzi dziesięciolecie działalności?
Pewnie to, że sporo dziewczyn wybiło się z naszej grupy na światowy poziom. I że jesteśmy dziś rozpoznawalni w europejskim kolarstwie, a ludzie wiedzą, że MAT Atom Deweloper Wrocław to ta ekipa, z której w wielki świat wychodzą takie talenty, jak czwarta w zeszłorocznym Tour de France Dominika Włodarczyk czy Malwina Mul, dziś już członkini Cofidis Women Team. Nie sądziliśmy, że projekt rozwinie się na tak wielką skalę i to jest budujące.
To bardzo wyczerpujący sport. Twój wujek Jan Brzeźny, Ryszard Szurkowski czy Henryk Charucki opowiadali mi, że w latach 70. posilali się na trasie m.in. colą czy kawą. Jak dziś wygląda w kolarstwie kwestia szeroko pojętej suplementacji?
Węgle, węgle, węgle… Zmieniło się wiele przez ostatnie lata. Dziś kolarze stawiają głównie na węglowodany w postaci żelów energetycznych czy batonów. Chodzi o to, żeby pozyskać szybką energię. Do tego dochodzą makarony, ryż, ale też naturalne białko, jajka, mięso, rośliny strączkowe. Na schabowym nikt już nie pojedzie. Te wszystkie węglowodany to duże pokłady cukru, choć produkowane są już też napoje neutralne w smaku, mimo sporej zawartości cukru. A my korzystamy też z wrocławskiej kranówki, bo to kampania uświadamiająca, jak ważna jest ekologia. Kiedy wybieramy się na obóz, np. do Chorwacji, nasze pierwsze pytanie brzmi, czy tutejsza woda z kranu jest zdatna do picia. Akurat w Chorwacji jest, ale nie wszędzie mamy tę pewność. Wtedy widzę, ile zużywamy plastiku po wodzie butelkowanej. A wrocławska kranówka jest przecież w pełni bezpieczna. Na własne oczy widzieliśmy w MPWiK Na Grobli, jak jest filtrowana i jak często badana. Zresztą, ja całe życie piłam kranówkę i czuję się świetnie. A odnoszę wrażenie, że zachłysnęliśmy się plastikiem, gdy chodzi o pakowanie produktów spożywczych. Poprzez kampanię #PijKranówkę możemy się przyłączyć do proekologicznej inicjatywy, a Wrocław może zobaczyć, że są takie dziewczyny, które dzięki uprawianiu kolarstwa fajnie wyglądają i osiągają sukcesy.


[fot. Rafał Ogrodowczyk]