- ambasadorzy
- wydarzenia
Leszek Rajski pasjonat szermierki, promotor wrocławskiej kranówki
Gdy nadejdzie czas kolejnych letnich igrzysk olimpijskich, w Los Angeles (2028), Leszek Rajski, florecista Klubu Szermierczego Wrocławianie, będzie sobie liczył niespełna 45 lat. Nie przeszkadza mu to jednak, by marzyć i planować udział w tej imprezie. Bo choć jest medalistą mistrzostw Europy, a także multichampionem mistrzostw Polski, to igrzyska pozostają w jego pięknym CV jedynym niezrealizowanym celem. Rajski ma jednak swój sekret, który wspiera jego sportową długowieczność i wydłuża czas spędzony na planszy w dobrej formie. To… wrocławska kranówka. Zapraszamy na wywiad z florecistą.
Jak się zaczęła Twoja przygoda z floretem? – pytamy Leszka Rajskiego, kluczową postać Wrocławian, ambasadorów projektu #PijKranówkę.
W Tarnowie, skąd pochodzę. Nie będę oryginalny – mój rodzinny dom graniczył płot w płot ze szkołą, gdzie prowadzono zajęcia szermierki. Pierwsze dwa lata to była typowa ogólnorozwojówka, a później zaczęła się większa specjalizacja. Najpierw pod okiem Mariana Kocika, a następnie z trener Marią Burnagiel, która doprowadziła mnie do startu w mistrzostwach świata kadetów w South Bend (USA). To była moja pierwsza międzynarodowa impreza rangi mistrzowskiej, bodajże 2000 rok. Zdobyłem też m.in. brązowy medal mistrzostw Polski do lat 15 i drugie miejsce w Challenge Vitti, dziś znanym jako Challenge Wratislavia (rozgrywana we Wrocławiu największa szermiercza impreza dla dzieci – red.). Problem polegał na tym, że w końcu w Pałacu Młodzieży Tarnów zostałem sam w swojej kategorii wiekowej. Szkoda było jednak rezygnować. Mieliśmy dobre relacje z trenerem Krzysztofem Głowackim z Wrocławia, nasze kluby się przyjaźniły, jeździliśmy na wspólne obozy. Stąd przeprowadzka na Dolny Śląsk, choć pod uwagę brałem też Warszawę.
Możesz wskazać zespół cech, które są najbardziej przydatne na planszy?
Konsekwencja i dyscyplina. Natomiast przeszkadzają pośpiech i brak cierpliwości. Zwłaszcza dziś młodzież stała się bardzo niecierpliwa. Od razu chciałaby mieć wyniki małym nakładem pracy. A to trzeba poświęcić czas, zaangażowanie i iść do przodu małymi kroczkami. Przy wsparciu najbliższych, bo to także jest niesamowicie ważne. Chodzi o to, by trening przerodził się z czasem w pasję i by sprawiał przyjemność. Najważniejsze to umieć przeczekać pasmo słabszych wyników, które także mogą nadejść. Ja na swoją pierwszą dużą imprezę w seniorskiej kategorii pojechałem dopiero jako 27-latek. Na mistrzostwa Europy do Lipska.
A dziś jesteś trzykrotnym medalistą mistrzostw Europy, a także multimedalistą mistrzostw kraju z siedmioma tytułami indywidualnymi i aż trzynastoma wywalczonymi z drużyną Wrocławian. Brakuje Ci czegoś w CV?
Igrzysk olimpijskich. Dlatego po ostatnich w Paryżu podjąłem decyzję, że powalczę o kolejne.
Takiej odpowiedzi się spodziewałem. Do Paryża nie poleciałeś w dość kontrowersyjnych okolicznościach, mimo świetnej dyspozycji.
Pewnie, że żałuję, ale nie mam pretensji do całego świata. Gdy w listopadzie 2023 roku Polski Związek Szermierczy ogłosił regulamin kwalifikacji, my, zawodnicy z kadry, w zasadzie zaakceptowaliśmy reguły gry bez żadnego sprzeciwu. Inna sprawa, czy to zasadne, by już pół roku przed docelową imprezą kończyć krajowe eliminacje. Temat do dyskusji, bo w pół roku z formą można przecież zrobić wszystko. A ja dyspozycję osiągnąłem wtedy wybitną, na mistrzostwach Europy wszedłem do ósemki, przegrywając z późniejszym złotym medalistą 14:15. Ta walka do dziś śni mi się po nocach. Zdobyłem też wtedy złoto mistrzostw Polski, a i na zawodach z cyklu Pucharu Świata zajmowałem wysokie lokaty. Zatem forma na docelową imprezę przyszła, tylko że nie dostałem imiennej kwalifikacji.
W światowej czołówce floretu jesteś jedynym takim rodzynkiem po czterdziestce?
Tak, ale w szpadzie są dziewczyny jeszcze starsze i prezentują świetny poziom. Zatem dalej będę zbierał doświadczenie, którego nie da się kupić. Jeśli zdrowie dopisze, a motorycznie jestem mocny, to przy wsparciu rodziny – żony i dzieci – wszystko się może zdarzyć.
Jaka jest wobec tego Twoja recepta na długowieczność w sporcie?
Jestem szczęściarzem, że mogę robić to, co lubię. Szermierka to moja pasja i adrenalina. Cała rodzina wciągnęła się w ten świat. Synek i córeczka też już trenują we Wrocławianach. Tym żyjemy!
Dlaczego wybrałeś wrocławską kranówkę, dbając o nawodnienie?
Bo jest bogata w minerały takie jak wapń i magnez, co dla sportowców ma istotne znaczenie. Jej naturalny skład mineralny sprawia, że to bardzo dobra alternatywa dla wody butelkowanej. Podczas eliminacji wypijam trzy litry, a to jest sześć walk plus rozgrzewka. Zostałem nauczony, że gdy w trakcie zawodów pojawia się pragnienie, to jest już za późno. Dlatego na bieżąco staram się uzupełniać poziom płynów. Bo jeśli pojawią się skurcze, osłabienie, to one bardzo rozpraszają. Można przegrać walkę przez procesy, na które mamy wpływ, a tego należy unikać. Dlatego dbam zawczasu o nawodnienie i suplementację. Dzięki akcji #PijKranówkę możemy też się pokazać z dobrej strony jako klub i promować szermierkę.
Twój trener, Krzysztof Głowacki, też jest egzemplarzem nie do zdarcia. Ma już 84 lata. Wciąż daje wyczerpujące lekcje?
Tak. Dlatego trenerowi należy się wielki szacunek i podziw. Ja po takiej lekcji schodzę zlany potem, ale wiem, że znów wykonaliśmy kawał świetnej roboty. Plansza szermiercza ma czternaście metrów długości, to jest cały czas gonitwa przód, tył, a trener daje radę. W formie trzyma go również zarządzanie całym klubem, to pasjonat.
Czyli Twój typowy dzień to nadal głównie koncentracja na obowiązkach zawodniczych?
Prowadzimy też rodzinną działalność. Żona jest grafikiem i absolwentką Akademii Sztuk Pięknych, ma swoje studio projektów, pracownię kreatywnego rozwoju. Działamy na wielu płaszczyznach, również na styku sportu, projektując medale czy statuetki. A więc do godz. 15 staram się pomagać w ten sposób, a później wyruszam do klubu, gdzie najpierw prowadzę zajęcia z dziećmi jako trener, a następnie mam swój trening. Często też wyjeżdżam na zgrupowania kadry.
Szermierka jest dziś w pełni bezpiecznym sportem?
Tak, bo aspekt bezpieczeństwa jest na pierwszym miejscu. Nasze stroje mają domieszkę kevlaru, czyli materiału używanego w kamizelkach kuloodpornych. Dlatego od dłuższego czasu nie było żadnych wypadków, a w dawnych latach zdarzały się nawet śmiertelne. Poza tym stroje są cały czas ulepszane. Producenci wprowadzają nowinki, by ubiór był lżejszy i bardziej elastyczny. Zatem tu wszystko idzie z duchem czasu. Jedyny minus – ceny kling są coraz droższe, a sprzęt szybko się zużywa.
Czy spotkał Ciebie w karierze jakiś groźny wypadek?
Poza obiciami, podkręceniami czy naderwaniem mięśni – nie. Oczywiście, ryzyko urazu w sporcie zawsze istnieje, dlatego staram się zabezpieczać i wykonywać ćwiczenia na pozór nudne i monotonne, ale jednak niezbędne, by unikać kontuzji.
Czy można z czystym sumieniem zachęcać dzieci do szermierki?
Bezwzględnie! Zresztą, ostatnio z klubowym kolegą, Pawłem Szumielewiczem, jeździliśmy po placówkach szkolno-przedszkolnych z programem Ministerstwa Sportu i Turystyki oraz Polskiego Związku Szermierczego pt. „Od przedszkolaka do olimpijczyka”. Zostaliśmy doposażeni w plastikowe zestawy ćwiczebne i przybliżaliśmy arkana dyscypliny. Dzięki temu kilku adeptów pojawiło się w naszej sali przy XIII LO.
Możesz na koniec wyjaśnić mniej zorientowanym, dlaczego szermierze są podłączeni do kabli?
Do kabli, czyli do prądu. Nie od zawsze jednak, dlatego dawno temu było aż trzech sędziów, by wychwytywać trafienia. Teraz jest jeden, bo i jemu, i publiczności pomaga aparatura sygnalizująca trafienia. Żeby aparat się zaświecił, trzeba wcisnąć grzybek na końcu floretu, czyli zadać trafienie o wystarczającej mocy. Środkiem klingi idzie naciąg podłączony do gniazdka, z kolei gniazdko przewodem osobistym jest podłączone do bębna. I wreszcie bęben wędką do aparatu. Wciśnięcie grzybka zamyka więc obwód i daje sygnał.
Polecamy Waszej uwadze krótki, emocjonujący klip promocyjny z udziałem szermierzy z KS Wrocławianie.

Z prawej strony Leszek Rajski, a po lewej Maxime Tarasiewicz

